piątek, 22 lutego 2013

Słodko- kwaśna przeprowadza...

czyli jak odnaleźć się w obcym miejscu.
Kilka miesięcy temu, gdy skończyłam bój z maturami, zdałam sobie sprawę, że te kilka dni zrujnowało mi cały plan na studia a tym samym na życie w sensie zawodowym. Po kilku dniach rozmyślań co tu dalej począć zdecydowałam, że zmieniam preferencje zawodowe. Już nie patrzę na to co modne, opłacalne ale idę za głosem serca i postanowiłam, że pójdę na studia związane z moją długoletnią pasją- kosmetologię. Był tylko mały problem...

...450 km. Taka jest odległość między moim domem a Lublinem gdzie studiuję. Myślałam, że nie robi mi różnicy gdzie będę studiować aż do 30 września kiedy się wprowadziłam do akademika i zdałam sobie sprawę, że oto zostałam sama.


Nie pomagał fakt, że jestem chorobliwie nieśmiałą osobą. Ale postanowiłam że spróbuję znaleźć kogoś z mojego rok. I znalazłam...to nie było przyjemne spotkanie. I od razu się podłamałam i byłam gotowa się pakować i wracać do domu. Ale zbieg okoliczności postawił na mej drodze inne osoby, które sprawiły  że Lublin stał się fajny.


źródło: Grafika Google


Co zatem zrobić aby polubić się z miastem w którym uczymy się/ studiujemy/ pracujemy? Nie ma na to złotego środka, ale jest kilka rzeczy, które w znacznym stopniu pomogły mi złapać rytm miasta.
Po pierwsze nie można się zrażać, gdy na początku wszystko jest inne niż sobie wyobrażaliśmy. Dobrze jest kiedy na początku poznamy jakąś przyjazną nam osobę. Jeśli się nam nie uda, próbujmy nawiązać kontakt w środowisku, w którym się obracamy. Nie możemy się zamykać. Uwierzcie mi, że mam spore problemy z nawiązywaniem nowych znajomości i czułam się bardzo nie komfortowo kiedy musiałam po nie udanej próbie pójść piętro niżej i z miną zbłąkanego psa prosić o pomoc. Ale opłacało się :)

Dobrze jest gdy przyjeżdżamy do obcego miasta dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Prześledzić trasy jakie będziemy przemierzać. Zobaczyć na mapie jakie punkty w mieście nas interesują i w miarę możliwości dostosować do tego komunikację miejską, tak aby na sam start mieć jakiekolwiek pojęcie o mieście. Popytajmy znajomych, może któreś z nich zna dane miasto i pomoże nam w takich podstawowych zasadach poruszania się po nim.

Ale najważniejszą radą są ta aby pamiętać by mieć koniec języka za przewodnika. Żaden GPS czy przewodnik nie pozwoli Wam poznać miasta tak jak ludzi w nim żyjący. To oni znają miasto jak własną kieszeń i widzą jakie są jego sekrety. Przy okazji możecie poznać fajnych ludzi i już mieć minimalne poczucie, że możecie należeć do danej społeczności. 

Słodko kwaśne buziaki
Limonka



wtorek, 19 lutego 2013

Słodko-kwaśna recenzja: Idy Marcowe

Tak wiem, jestem spóźnione o jakiś dobry rok, ale nie przeszkadza mi to, ja zwykle oglądam filmy z opóźnieniem, "gdy emocje już opadną".

Dzisiaj na tapetę biorę Ryan'a Gosling'a i spółkę. A raczej powinnam napisać George'a Clooney'a i spółkę. To on jest reżyserem obrazu a zarazem wokół jego postaci a raczej kampanii wyborczej jego postaci toczy się cała akcja. 

źródło: www.filmweb.pl


Ale od początku! Mamy rok wyborów w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Dwóch kandydatów partii demokratycznej stara się  o głosy delegatów w stanie Ohio (dla nie wtajemniczonych w USA wybory prezydenckie są pośrednie, glosy oddają elektorzy). Podczas kampanii wyborczej młody i ambitny Stephen Meyers (Gosling) specjalista od PR bierze czynny udział w działaniach sztabu wyborczego Gubernatora Mike Morrisa (Clooney). Jego szef Paul (Hoffman) chcą pozyskać głosy senatora Thompsona (Wright) pozostawia kampanię na głowie Stephena. Ten nieoczekiwanie dostaje telefon od przeciwnej strony. Choć nie powinien udaje się na spotkanie ze swoim politycznym wrogiem. Krótko rozmowa zmienia całe dotychczasowe życie młodego PR'owca...

Film ten to trochę zawiła opowieść o brudnym świecie kompromisów, w którym żadne potknięcie nie jest wybaczane. Możemy w tym filmie zobaczyć również romans, który będzie miał znaczny wpływ na rozwój dalszych wydarzeń. 

Film to przede wszystkim świetnie zrealizowany scenariusz George'a Clooney'a, Grant'a Heslov'a i Beau'a Willimon'a, który moim zdaniem jest dopracowany w każdym calu. Obraz został nominowany między innymi do Złotych Globów. Jednak w całym filmie najbardziej podobała mi się zmiana głównego bohatera, tak płynna i ciekawie zrealizowana, dostrzegalna tak naprawdę dopiero po obejrzeniu filmu. Wtedy dopiero zaczynamy dostrzegać jak te wszystkie zbliżenia oddają uczucia kotłujące się w głowie młodego Stephen'a.

Ja chcę szczególną uwagę zwrócić na aktorów grających w tym filmie. Oczywiście jest Ryan Gosling i Evan Rachel Wood. Dwójka naprawdę wspaniałych aktorów, których czasem nazywa się mianem najlepszych aktorów młodego pokolenia czy też przyszłością Hollywood. jest również George Clooney  który jest klasą samą w sobie. Ale ja i tak miłością bezwzględną kocham kunszt aktorski Philip'a Seymour'a Hoffman'a. Niewielu aktorów potrafi tak jak on wejść w rolę i oddać z niej wszystko to co najlepsze a tym samym intrygować publiczność swoją naturalnością

Dlatego jeżeli macie wolny wieczór i chcecie zobaczyć dobry film, przy którym może nie koniecznie się zrelaksujecie to zobaczcie Idy Marcowe bo naprawdę warto!

Pozdrawiam
Limonka

piątek, 15 lutego 2013

Słodko- kwaśny osąd czyli walentynkowy szał

14 lutego na Bałkanach to święto wina, w Polsce to Dzień Chorego na Padaczkę a na całym świecie w tym dniu ludzie mówią sobie: kocham Cię, I love you, Ich liebe dich, Je t'aime, eu te amo, ti amo, mi amas vin. Tak 14 lutego to święto zakochanych czyli Walentynki. I choć jest już dzień po to chciałam się podzielić swoją refleksją.

Generalnie rzecz biorąc w walentynki świat dzieli się na dwa obozy: tych którzy walentynki uwielbiają i tych, którzy podchodzą do tego święta z rezerwą żeby nie powiedzieć z pogardą. Do tej pory czyli w czasie kiedy mogłam się jeszcze nazwać nastolatką, walentynki były dla mnie świętem na pokaz. W mojej ocenie nie pomagał fakt, że w tym dniu zawsze byłam sama, ale ten cały blichtr tego dnia sprawiał, że wydawało mi się, że dzień ten jest dniem "pokazywania wszystkim jaka z nas udana para i jak to my się kochamy". Oczywiście, święto to jest komercją, kolejną próbą wciśnięcia nam kolejnych skarpetek z serduszkami, których nie potrzebujemy czy długopisu z napisem "po wsze dni będziemy razem dziubasku", który zgubimy szybciej niż zdążą się wypalić świece zapalone do romantycznej kolacji. Ale wczorajszy dzień sprawił, że diametralnie zmieniłam zdania na temat tego święta.

Gdy wczoraj jedna z moich koleżanek na zajęciach zaproponowała abyśmy poszły do klubu pomyślałam sobie: "taa pójdziemy do jakiegoś różowiutkiego klubu, gdzie będą sami napaleni goście i laski, których spódnica kończy się dokładnie w tym samym miejscu, gdzie moja bluzka". Ale gdy inna koleżanka zaproponowała, abyśmy poszły do jakiegoś baru na piwo od razu pomyślałam, czemu nie. W końcu na romantyczne kolacje nikt nie wybiera się do studenckiego baru. I tym samym gdy wybiła 21 siedziałyśmy już przy piwku i dumałyśmy nad egzystencją ..... żart! Bawiłyśmy się świetnie, śmiejąc się, żartując i dyskutując na wspólne tematy. Gdy z bólem brzucha ze śmiechu wróciłam do pokoju, zdałam sobie sprawę, że tak walentynki to ja mogę obchodzić co roku! 

Bo tak na prawdę w moim odczuciu w tym święcie nie chodzi o to by dostać tryliard róż i tonę czekoladek  tylko o to by spędzić ten czas z bliskimi nam osobami. Ubolewam strasznie, że wywiało mnie tak daleko w Polskę i że nie mogłam spędzić tego dnia z moimi serdecznymi przyjaciółkami z liceum czy z dzieciństwa bo z nimi i z moją obecną "paczką" zabawa byłaby jeszcze lepsza! Kładąc się spać w nocy chwilę dumałam i wydumałam jedno: święto to powinno nazywać się "Świętem bliskich mi osób" bo "Święto zakochanych" trochę ogranicza jego funkcję. Ja od tej pory oświadczam uroczyście, że obojętnie, czy z przyjaciółmi, czy z winem, czy z drugą połówką pragnę spędzić ten czas w radosnej atmosferze i już nigdy nie powiem złego słowa temat tego świata. Bo skoro i tak to święto istnieje to nie warto z nim walczyć tylko spędzić go w sposób, który nam najbardziej odpowiada. 
źródło: grafika Google


Ze  słodkimi buziakami na ustach mówię Wam
słodko- kwaśne PA
Limonka :)

środa, 13 lutego 2013

Słodko-kwaśne powitanie

Witam :)

Po raz kolejny muszę napisać powitanie i jest to dla mnie zawsze najgorszy post na blogu. To post wielkich niewiadomych, bo jaką mam pewność, że ktoś to przeczyta ? Mam nadzieję, że jednak znajdzie się jakaś zbłąkana dusza, która te moje wypociny zechce przeczytać ;)

Ale do rzeczy :) Blog ten został zainspirowany, wróć, pewna dusza powiedziała "załóż" no to założyłam i od razu przepadałam. Bo gdzie jest lepsze miejsce na te moje fanaberie. Film, muzyka, kosmetyka czy codzienne inspiracje znalazły swoje miejsce w tym kącie internetu. Od lat nie wyobrażam sobie życia bez filmów, które pozwalają mi na 1,5 godziny marzeń, rozmyślań czy po prostu czystego relaksu. Podobnie się ma z serialami. Bez muzyki nie obrażam sobie życia. Ciągle mam w uszach słuchawki (pewnie w wieku 35 lat będą głucha ale co tam ). Choć kiedyś byłam zagorzałam słuchaczką rocka teraz moja playlista jest tak różna jak składy kosmetyków, których używam ;)

Na tym blogu chciałabym pisać o tym wszystkim co mnie otacza, zadziwia, irytuje, wzrusza, porusza czy też skłania do myślenia.

źródło: Google grafika

Pełna niepewności
Limonka